poniedziałek, 17 marca 2014

Rozdział

Obiecuję że kolejny rozdział pojawi się w czwartek lub piątek:)

niedziela, 12 stycznia 2014

ZABIJECIE MNIE ...WIEM!
23 DNI TEMU BYŁ KONCERT KWIATA W KATO I BARDZO CHCIAŁAM TAM BYĆ RYCZAŁAM I W OGÓLE A NA NASTĘPNY DZIEŃ DOWIEDZIAŁAM SIĘ ŻE KWIAT PRZYJEŻDŻA NA WOŚP DO MOJEGO MIASTA I POMYŚLCIE JAKIE JA WTEDY BSBKBFBESBKBKJABIUBVIUGZV I W OGÓLE HAHAH.

OGÓŁEM ZA NIEDŁUGO BĘDĘ ZWIJAĆ MANATKI I NA HALE JUŻ CZEKAĆ BO ZNAJĄC ŻYCIE BĘDZIE PRZEPYCHANIE JEZU:c CHCIAŁAM WAS PRZEPROSIĆ BO W NAJBLIŻSZYM CZASIE NIE BĘDZIE ROZDZIAŁU BO TERAZ KONCERT W TYGODNIU SZKOŁA W SOBOTE MAM OSTATNIĄ PRÓBĘ I SPOWIEDŹ DO BIERZMOWANIA ;C
A W NIEDZIELE BIERZMOWANIE I JADĘ NA OBÓZ
JEZUUUUU  NADAL NIE WIERZĘ
JESZCZE RAZ SORKI
LECĘ JUŻ
ELOSZKY:*
NIE ZAPOMNE O WAS I JAK ZNAJDĘ CZAS TO NASKROBĘ COŚ
CZA CZA CZASSSSSS BY ODLECIEĆ W STONE GWIAAAAZD

wtorek, 24 grudnia 2013

Rozdział 11

Chodź od rana na niebie świeciło słońce, na drogach wciąż były kałuże. Wstałam bardzo wcześnie, by się przygotować. Nadal wahałam się czy powinnam włożyć coś cieplejszego, czy może zostać przy samej sukience. Niebo było bezchmurne. W końcu kalendarzowe lato się już zaczęło. Myślałam, że nigdy nie pozbędę się dni, w których musiałam uczyć się od rana do nocy.
Od samego rana biegaliśmy z Johnem jak idioci po domu. Musiało to wyglądać niezwykle zabawnie. Szczególnie, jak mój braciszek szukał skarpetek twierdząc, że każda jest inna. Chyba dzisiaj to on bardziej przejmował się wyglądem.
Ja postanowiłam opanować się i zrobić nam porządne śniadanie. W końcu ktoś musiał. Gdy John skończył bieganie po domu i usiadł, by zjeść, pogrążyliśmy się w rozmowie. Gdyby nie fakt, że musieliśmy się spieszyć pewnie przegadalibyśmy pół dnia.
Na pierwszy rzut oka widać, że jesteśmy rodzeństwem. Zachowujemy się podobnie, nawet myślimy podobnie. Jak moglibyśmy się nie dogadywać? Tyle w życiu przeszliśmy i dzięki temu, że mamy siebie przetrwaliśmy najgorsze. Nigdy nie było łatwo, ani nie jest, ale dajemy radę. Ważne, że mamy siebie.
Zawsze zastanawiałam się, co będzie, jeśli John założy rodzinę, ale jakoś zbytnio się tym nie przejmuję dopóki mam pracę w Unrully.
Po zjedzonym śniadaniu zaczęliśmy zbierać się, brać potrzebne rzeczy typu telefon, prezenty.
Robert czekał na mnie dziesięć minut później. Byłam już gotowa. Zeszłam po schodach i weszłam do jego auta. Chłopak ubrany był w idealny czarny garnitur.
-Cześć - przywitałam się.
-Cześć.
Zapięłam pasy. Robert odpalił auto, po czym ruszyliśmy.
-Czym się martwisz? - zapytał, popatrzyłam na niego ze zdziwioną miną. Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Chłopak jak na zawołanie dodał:
-Jesteś jakaś zamyślona, nieobecna. Coś cię trapi, wiem to.
-Jakoś ostatnio nie miałam dobrych kontaktów z moją matką, to wszystko jest takie dziwne… Jeszcze miesiąc temu nikogo nie miała, była alkoholiczką. Wiesz... Nawet nie znam tego kolesia, za którego wychodzi.
-To rzeczywiście dziwne - stwierdził.
Resztę drogi milczeliśmy. Chłopak nie wiedział, co powinien powiedzieć, i czy w ogóle powinien coś mówić. Pół godziny później byliśmy już pod urzędem stanu cywilnego. Wysiedliśmy z auta. Robert wystawił rękę tak abym mogła ją chwycić byśmy szli "pod rękę".
Pod budynkiem było już dużo osób, nawet John już dotarł. Uśmiechnęłam się przelotnie, na widok brata z jakąś brunetką. Wyglądała na około dwadzieścia siedem lat, była ładna i wysoka. Chociaż mówił, że nikogo nie zaprasza. Dziwne. Przeleciałam jeszcze raz wzrokiem po gościach. Nikt znajomy. Niby było tam parę krewnych z mojej strony, których kojarzyłam, ale nie widziałam nawet sensu by do nich podchodzić. "Chodźmy się przejść" - powiedziałam Robertowi na ucho, po czym ruszyliśmy w stronę parku.
Wszędzie były małe, zielone drzewka. Słońce przedzierało się przez gęsto ułożone liście. Krążyliśmy bez celu wdychając świeże powietrze. Było wręcz idealnie, ale trzeba było wracać.
Szliśmy inną alejką, szary chodnik i wszędzie ławki. Ceremonia i tak się już pewnie zaczęła. Ale wracaliśmy. Chłopak pytał parę razy czy wracamy, ale chciałam zostać, dlatego nasze spóźnienie było póki, co dziesięciominutowe.

Staliśmy pod urzędem całą ceremonię. Nie chciałam tam wchodzić, nie chciałam ich widzieć. Chciałam wrócić, chciałam żeby to wszystko się skończyło. Nie wiem, po co przyjechałam. Chciałabym żeby to wszystko od śmierci taty okazało się snem. Zwykłym koszmarem małej dziewczynki. Niestety żyjemy w normalnym świecie, nie mogę cofnąć przeszłości. A szkoda! Chciałabym...
Gdy ślub matki dobiegł końca usunęliśmy się z drogi, żeby państwo młodzi mogli przejść. To wszystko było takie głupie, dziwne... Po "Parze Młodej" zaczęli wychodzić goście. Przyglądałam się wszystkim, lecz nie widziałam nikogo znajomego. Do czasu, kiedy nie ujrzałam Biebera i Arianny. "Kurwa, co oni tu robią?"- pierwsze, co pomyślałam.
-Nie wierzę - powiedziała Arianna.
-A ja tak – odpowiedziałam - ostatnio często mam pecha - dodałam.
Po wypowiedzeniu ostatniego słowa, odeszłam z Robertem jak najdalej od nich, przeklinając w myślach. To będzie niezapomniany ślub, coś tak czuję... Jeszcze będzie śmiesznie.
Dwadzieścia minut później znajdowaliśmy się na jakimś odludziu. Było tu tylko mnóstwo kelnerów, i ładnie ustrojone stoły. Jeszcze lepiej, impreza na dworze... Starałam się omijać Biebera i Ariannę, ale to było ciężkie. Wszędzie ich widziałam. Jak tak dalej pójdzie będę miała koszmary do końca życia. Zaśmiałam się w myślach. Nie wiem, co tu robią, ale na pewno nie dam im zepsuć tego ślubu. Założę się, że Bieber jest od strony kochasia mamy. Okej, będzie zabawnie.
Chodziłam bez celu w jedną i drogą stronę. Wszędzie były kałuże. Niedaleko od tego całego przyjęcia rósł mały las, a w nim gdzieniegdzie ustawiono ławki. Nie miałam, co robić. Robert gdzieś zniknął, już nie mówiąc o Johnie i tajemniczej brunetce. Miło, że wszyscy mnie zostawili. Bardzo, bardzo miło...
Po krótkim spacerze, pomału wracałam. Celem mojego powrotu jest poznanie męża mojej mamy. To takie dziwne, że dopiero w dniu ślubu.
Byłam właśnie koło stołu z tortem, gdy coś błysnęło mi prosto w oczy. Odwróciłam się i ujrzałam Justina całującego Ariannę i fotoreportera. Potrząsnęłam głową na znak niedowierzania, po czym podeszłam do mamy i jej męża. W głowie miałam ciągle widok ich całujących się. Przecież mówił, że są przyjaciółmi, przecież niedawno mnie całował. Nie rozumiem.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos mamy.
-Sophie, chcę ci dzisiaj przedstawić dwie ważne dla mnie osoby.
-Dwie?
-Tak. Mojego męża,Mike - kiwnęła głową na faceta obok niej, który podał mi rękę. Oczywiście z grzeczności zrobiłam to samo. Chwilę później podeszła dziewczyna, którą widziałam z moim bratem. - I twoją siostrę Rose - dodała, a ja patrzyłam na nich jak na idiotów. Stałam chwilę zaskoczona, i nie wiedziałam, jak się zachować.
-John wiedział? - zapytałam.
-Tak.
Nie mogłam powstrzymać emocji, zaczęłam biec w stronę lasu. Usiadłam na jednej z ławek, które tam były. Musiałam to przemyśleć. Za dużo się dzieje. Przecież moja siostra nie żyje od paręnastu lat ... Popełniła samobójstwo. To niemożliwe. Okłamywali mnie? Przez tyle lat? Po co? Kolejna rzecz, której nie rozumiem. Dlaczego oni mi to robią? Jeszcze John... On o wszystkim wiedział! Pamiętam rozmowę z wczoraj...

-Obiecaj mi, że nieważne, co tam się stanie nie odwrócisz się ode mnie.
-Brzmi strasznie. Co masz na myśli?
Zapytałam.
-Nieważne. Obiecujesz?
Potaknęłam.


Teraz rozumiem, co miał na myśli. Tylko, dlaczego on wiedział o wszystkim, a ja nie? Czemu nie mogli mi powiedzieć? Przecież to było do przewidzenia, że tak zareaguję. Chyba pierwszy raz nie wiedziałam, co mam zrobić. Mam tak po prostu wrócić do nich i uściskać moją siostrę?
-Witaj siostro, tak dawno się nie widziałyśmy... Czekaj! Nigdy się nie widziałyśmy...
Nie wiem czy to było by takie fajne. Ale czemu ja mam być wyrozumiała skoro oni mnie nie próbują zrozumieć? Najpierw jej nagły mąż teraz moja siostra...Super! Żyć nie umierać.
Włożyłam głowę między nogi i otuliłam je ramieniem. Płakałam. Dałam się ponieść emocjom. Co mam zrobić? Może Robert mnie tu znajdzie i weźmie do domu. Albo ktokolwiek. Chcę żeby ktoś tu przyszedł i mnie przytulił. Powiedział, że wszystko będzie dobrze, że się ułoży.
I jak na wezwanie poczułam czyjeś ręce na moich ramionach. Nadal płakałam. Podniosłam wzrok na postać siedzącą obok mnie.
-Co ty tu robisz? Powinieneś być z Arianną - powiedziałam do Justina.
-Ty mnie bardziej potrzebujesz.
-Skąd ta pewność, że cię potrzebuję?
-Siedzisz w środku lasu i płaczesz. Jesteś pewna, że mnie nie potrzebujesz?-zapytał.
-Cicho być.
Odsunęłam się od niego, po czym spojrzałam mu w oczy. Chłopak przybliżył się do mnie, po czym złożył na mych ustach pocałunek. W tym momencie potrzebowałam kogoś blisko mnie. Oplotłam ręce za jego szyją i usiadłam na nim okrakiem, wciąż pogłębiając pocałunek. Brunet jeździł rękami po moich plecach, jednocześnie podnosząc moją sukienkę do góry. Chwyciłam jego koszulę i jednym płynnym ruchem ją zdjęłam. Po chwili odsunęliśmy się od siebie, dysząc z powodu braku tlenu. Uśmiechnęłam się i Justin zrobił to samo.
-Nie powinniśmy - szepnęłam.
-Kocham cię – odszepnął - nie ważne, co się dzisiaj stanie.
-Nie wiem, o czym mówisz.
-Za to, co dzisiaj zrobię, chyba będę musiał kupić miejsce na cmentarzu.
-Nie wiem, o czym mówisz, ale mogę ci je załatwić, jeśli tak bardzo tego chcesz.


Od autorki: Noo hey:*
Zawalam strasznie z tymi rozdziałami, przepraszam :C
Ale wiecie jak jest przed świętami, sprzątanie itp...
Specjalnie na gwiazdkę macie cuuukier w rozdziale hahah XD
Taki mini prezent:))

Chciałam wam wszystkim życzyć Wesołych, pogodnych świąt.Niech się spełnią wszystkie wasze marzenia.I udanego Sylwestra!Kochani:*

niedziela, 8 grudnia 2013

Rozdział 10


Tydzień szybko minął. Nim się obejrzałam był już piątek. Cały tydzień nalatałam się załatwiając różne sprawy. Było ich dużo, za dużo. W sobotę kupiłam sukienkę i inne rzeczy na wesele. W niedziele dziewczyny wyciągnęły mnie na kawę. W poniedziałek zdjęli mi gips. We wtorek musiałam iść załatwić z Unrully, próby już się zaczęły, a puki, co nie mogłam na nich być. Środa i czwartek mijały lżej, tylko próby do akademii na zakończenie roku szkolnego. Układ taneczny połączony ze śpiewem. Brzmi ciekawie, jednak to tylko niepotrzebna harówa. Próby wiążą się z częstym spotkaniem Justina, w sumie jak go unikać chodząc razem z nim do klasy? Chociaż nie jest tak źle. To by się wydawało dziwne, ale chyba polubiłam Justina. Znaczy jest mi obojętny, z jednej strony trudno polubić gwiazdę szczególnie, że ma się takie obeznanie w temacie.
Ślub i wesele mojej matki miały się odbyć jutro, gdzieś na obrzeżach Londynu o piętnastej, w urzędzie. Nie mogli brać ślubu w kościele ze względu, na to, że moja matka już raz wyszła za mąż. Na początku nie chciałam brać osoby towarzyszącej, ale po dłuższych namysłach stwierdziłam, że będę się tam nudzić i przyda się ktoś znajomy. Padło na Roberta. Gdybym chciała wziąć Justina, to od razu zleciałaby się prasa i fotoreporterzy. Poza tym, czemu miałabym go brać? Skąd w ogóle takie myśli? Ostatnio coraz częściej przyłapywałam się na myśleniu o nim. I w dodatku myśli o tym, co działo się u niego w kuchni, zdecydowanie nie pomagały. Próbowałam je odgonić, zmieniając temat na moich przyjaciół, ich związki i tego, co działo się wcześniej, ale to nie pomagało. Im bardziej chciałam przestać o nim myśleć, tym bardziej myślałam.
Zdecydowanie za dużo myślę!
Już od jakiegoś czasu miałam wszystko przygotowane i chyba dopięte na ostatni guzik. Z matką gadałam aż dwa razy przez telefon, chciała moich rad. Może to początek czegoś nowego? Jakiś rozdział w naszych życiach zamyka się, a nowy otwiera? Może będziemy się lepiej dogadywać? Oby. Nie chcę by było to, co wcześniej. Chcę mieć normalną rodzinę. Jakkolwiek to brzmi i ma wyglądać w rzeczywistości. Nawet największym wrogom nie życzyłabym śmierci któregoś z rodziców. Ciekawe, jak potoczy się nowe małżeństwo mojej matki… Przecież oni się prawie nie znają! Przynajmniej tak mi się zdaje… Czuję się dziwnie, nie wiem, na czym stoję i co dzieje się wokół mnie.
Od czasu, kiedy matka postanowiła zrobić z siebie pijaczkę, zaczęliśmy z Johnem nowe życie. Z dala od niej, z dala od problemów. Przynajmniej tak mi się wydawało. To, co się teraz dzieje to jakieś fatum. Szczególnie, od kiedy Justin dołączył do mojej klasy. Wszystko się zmieniło.
Akcja za szkołą...
Sprzątanie szkoły...
Feralny bal...
Noga w gipsie...
Kolejny raz w szpitalu...
To wszystko jest za dziwne. Wszystko biegnie swoim torem, a ja stoję w miejscu, jak zagubiona dziewczyna pośród wielkiego lasu. Sama, zdana tylko na siebie.
Czuję jakbym była w niewłaściwym miejscu. Czuję się tu obco. Kiedyś było inaczej. Przynajmniej tak mi się zdawało. Wszystko kiedyś było inne. Tak dużo się zmieniło, już nie jest tak jak kiedyś.
Chciałabym cofnąć czas, by było jak kiedyś. Mała dziewczynka ze starszym bratem i kochającą rodziną. Nie chcę stać w miejscu. Codziennie jedno i to samo. Mam dość wszystkiego.
Jutro wielki dzień mojej mamy, a kiedy ostatnim razem się widziałyśmy pokłóciłyśmy się. Chciałabym się komuś w końcu wygadać.
Pogadać szczerze. Na każdy temat.
-Sophie! Żyjesz? - zapytał brat, machając mi ręką przed nosem.
-Nie. Umarłam-zażartowałam.
-O czym tak myślałaś?
-Wiesz, wszystko kiedyś było inne. Myślałam, co by było gdyby niektóre rzeczy nie miały miejsca… Co gdyby nasza siostra nie popełniła samobójstwa? Co gdyby nasz tata nie zginął w wypadku? Co gdyby matka się nie rozpiła?
Posmutniałam.
-Nie można gdybać, Soph. Życie dało nam w kość, prawda. Lecz nie można żyć przeszłością. Musimy się cieszyć tym, co jest tu i teraz. Mamy siebie to najważniejsze, nie uważasz?
Uśmiechnęłam się.
-Na zawsze razem? – zapytał - Młodsza siostra i starszy brat-dodał.
-Jasne. Właściwie, z kim idziesz na wesele ?
Zapytałam.
-Z nikim. I tak będziemy tam mieli za dużo atrakcji. Soph?
-Tak?
-Obiecaj mi, że nieważne, co tam się stanie nie odwrócisz się ode mnie.
-Brzmi strasznie. Co masz na myśli?
Zapytałam.
-Nieważne. Obiecujesz?
Potaknęłam.
&&&
Deszcz padał od samego rana. Jutro ma być ślub, jednak pogoda i tak robi swoje. Jak tak dalej pójdzie, to zmokniemy do suchej nitki, wychodząc już z auta. Świetnie! Nie specjalnie podoba mi się to wszystko… Z Robertem umówiliśmy się, że przyjedzie po mnie jutro. Cała sprawa z jego orientacją, poszła w niepamięć. Nie wiem, czemu od początku nic mi nie powiedział. Może bał się mojej reakcji? Pewnie tak! Tylko szkoda, że ma do mnie tak mało zaufania.
Wbrew pozorom nie jestem taka straszna chyba, że wredna, ale tylko dla Justina. Ale na pewno nie odwróciłabym się od kogoś z powodu takiej błahostki! Przecież to nie koniec świata. Końcem świata chyba jest akademia na zakończenie roku... Ten występ, w dodatku przed całą szkołą, mnie przeraża. Chociaż są też plusy, na przykład to, że przez kolejne dwa miesiące nie odwiedzimy tej budy. Jakkolwiek by na to nie patrzeć, są plusy i minusy.
Najdziwniejsze było zaproszenie mnie przez Justina na wesele jego wujka. W dodatku, w tym samym terminie, co ślub mojej matki. Oczywiście odmówiłam. Chciałabym iść chociażby, dlatego, że nie mam chęci spotkać mojej matki. W sumie mam mieszane uczucia, jeszcze ta rozmowa z bratem wcale mi nie pomogła. Wręcz przeciwnie.
"Obiecuj mi, że nieważne, co tam się stanie nie odwrócisz się ode mnie." Dwie możliwości: a.) on wie coś, czego ja nie wiem b.) coś się stanie. Czyli w obu przypadkach nic nie wiem. Dobra taktyka, nieważne, co powiedział i tak nic nie wiem. Czy to miało na celu, pobudzenie moich szarych komórek do myślenia? Bo jak tak, to mu się udało. Dość długo zajęły mi refleksje na ten temat. Za długo.
Nim się obejrzałam, przyszedł sen. Muszę być wyspana, przecież jutro wielki dzień dla mojej matki.


Od autorki: Przepraszam, przepraszam, przepraszam! Nie miałam czasu pisać :C od wtorku mam próbne egzaminy gimnazjalne i musiałam jeszcze poprawiać oceny bo słabo mi idzie z maty :C Mam nadzieję, że kolejny rozdział dodam szybko :D Dziękuję wszystkim co czytają i komentują bo to tak wiele znaczy dla osoby piszącej :) Przepraszam, że taki krótki rozdział! Następny będzie dłuższy, ale zabijecie mnie za 12 :C
(już wiem co będzie). Nadal boleję nad moimi włosami, fryzjerka mi obcięła o 5 cm za dużo ;o :CC
Kocham was:*
Dziękuję (znowu) : Nikoli i Loli :* za to że tak mi się tu rozpisujecie kochane:*
no i oczywiście mojej kici:* która od przedwczoraj mnie truła o rozdział, nie mówiąc już o dzisiaj XD :**
Życzcie mi szczęścia na egzaminach, mam nadzieję że dam rozdział w następną niedzielę ale nie obiecuje.
Mam nadzieję Agata że poszczęści nam się w pojechaniu na koncert!
Trzymajcie się wszyscy !:* do następnego:)

niedziela, 24 listopada 2013

Rozdział 9

              Dzień jak każdy inny. Wstałam rano i przyszykowałam się do szkoły. Tyle, że było mi trudniej z tą nogą.Celem na dzisiaj była rozmowa z Lily. Dopiero, co poznała Roberta, a już się całowali. W sumie nie moja sprawa, ale trochę dziwne, jakby nie patrzeć. A może ja po prostu o czymś nie wiem? Trudno. Rozmowa i tak się przyda, zwłaszcza, że chciałabym żeby to właśnie ona pomogła mi wybrać sukienkę na ślub matki. Do którego, jakby nie patrzeć, zostało tydzień z hakiem. Który normalny człowiek wysyła, prawie tydzień przed ślubem zaproszenia? Przez to wszystko zapomniałabym o próbach Unrully, ale to może poczekać.
Myślę, że do poniedziałku ściągną mi gips. Miejmy nadzieję! Niby minęło dopiero parę dni od jego założenia, ale podobno to było lekkie złamanie, więc powinno się zrosnąć. Oby!
Wracając do tematu szkoły to, ku mojemu zdziwieniu, gdy rano wyszłam przed blok w celu pójścia do szkoły, na parkingu stało żółte Porsche Justina. Okazało się, że przyjechał po mnie żebym nie musiała chodzić. Miło z jego strony, jednak poczułam się dziwnie. Wyrzuty sumienia. On mi pomaga na każdym kroku, a ja odpłacam mu się chamstwem i docinkami.
Jechaliśmy do szkoły, w ciszy. Wymieniliśmy parę zdań na temat przysłowiowej "pogody". Jakoś rozmowa specjalnie nam się nie kleiła, w sumie sama nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Jedyne, co udało mi się wydukać to jakieś durne "dziękuję" i "przepraszam".
Droga do szkoły była krótka : na nogach pięć minut, autem około dwie ze względu na światła, które szczerze mówiąc, nie są tam potrzebne. Od kalendarzowego lata dzieliło nas zaledwie parę dni. Kolorowe kwiaty posadzone wszędzie dodawały uroku temu deszczowemu miastu.
Po dwóch minutach spędzonych w aucie, w końcu wyszliśmy na świeże powietrze przed budynek szkoły. Jakoś nigdy specjalnie nie przepadałam za tym, żeby mnie ktoś woził. Nie lubię być od kogoś zależna. Wolę być zdana na siebie. Tylko i wyłącznie. Nie ukrywam przydałoby mi się auto, ale najpierw muszę na nie zarobić. Dzięki Unrully jest to możliwe. Przynajmniej pomogę utrzymywać mieszkanie John'owi. Wiem, że nie jest mu łatwo. Płaci za moje zachcianki, a ja siedzę w domu i prawie nic nie robię. Czas to zmienić! Kocham brata i muszę go trochę odciążyć od wydatków.
Już od progu powitały mnie moje kochane przyjaciółki i dwóch przyjaciół. Przywitaliśmy się i każdy poszedł pod swoje klasy. Dzisiaj miałam w planie same nudne wykłady. Szczerze? Nikomu nie potrzebne. W drodze pod klasę zaczepiła mnie Lilianna. Chciała porozmawiać. Oczywiście zgodziłam się.
-Chciałam ci powiedzieć, że to całowanie z Robertem było udawane. Nic nas nie łączy!
-Lily, nie obchodzi mnie to, z kim się całujesz i po co. Martwię się o ciebie! Myślałam, że go nie znasz.
Westchnęłam.
-Jak to udawane?
Dodałam później.
-Powinnaś się dowiedzieć tego od niego. I nie wiń go za to, że ci nie powiedział. Rodzice go przez to odrzucili i wysłali do Londynu. Dlatego będzie uczył się w naszej szkole.
-Możesz do rzeczy?
Zapytałam zniecierpliwiona.
-Niech sam ci powie, stoi za tobą.
Powiedziała szybko. Odwróciłam się i zobaczyłam Roberta.
-O! Cześć Robert, jak miło cię widzieć.
Uśmiechnęłam się przyjaźnie, jednak w głowie powoli układałam plan ewakuacji. Byle zdała od rozmowy, na głupie tematy. Po co ja w ogóle się wtrącam? Nie moje życie.
-Cześć, możemy pogadać?
Zapytał. Świetnie! 'No to się wkopałaś, kochana' zaszydziłam z siebie w myślach.
-Hmm… Wiesz spieszę się na wykład. Może po lekcjach w Starburksie?
-Okej.
Zaśmiałam się w myślach. Pięć punktów dla mnie za kreatywność i kolejne dwa na dobre wykręcenie się z głupiej sytuacji. Można powiedzieć, że pomału zbliżam się do poziomu Ariany. Mimowolnie, od kiedy poznałam Justina stałam się wredna. Przypadek? Nie do końca. Po części to moja wina. Sama się na to pisałam. Chociaż? Pani West kazała mi go oprowadzać, czyli jednocześnie go poznać. Czyli mogę winę zwalić na nią? Chyba nie. Zdaje mi się, że ta znajomość będzie inna niż pozostałe. Ale nie dlatego, że z gwiazdą. Jesteśmy z innych światów i to może być ciekawe.
Lekcje minęły szybciej niż myślałam. Nim się obejrzałam, byłam już pod Starburksem. Moja ciekawość, co Robert chce mi powiedzieć, brała górę. Nie obchodzi mnie, co jest między nim a Lilianną. Nawet nie mam zamiaru się do tego wtrącać.
Weszłam do środka. Pospiesznie poszukałam wzrokiem Roberta, który siedział po prawej stronie w rogu kawiarni. Uśmiechnęłam się, gdy mnie zauważył i podeszłam szybkim krokiem do jego stolika.
-Hej, o czym chciałeś pogadać?
Zapytałam przeciągając literkę „e”. Miejmy nadzieję, że powie mi coś istotnego, nie po to fatygowałam się tu z girą w gipsie. Uśmiechnęłam się sama do siebie, uświadamiając sobie, jakiego określenia właśnie użyłam.
-Na pewno chciałabyś wiedzieć, czemu wtedy całowałem Liliannę.
Powiedział z zażenowaniem.
-Wiesz, tak naprawdę nie chcę wiedzieć. Wystarczy mi sam fakt, że się znacie. Myślałam, co innego.
Odpowiedziałam.
-Skoro znamy się trochę, będziemy razem pracować i nie chcę byś dowiedziała się tego od kogoś innego to ci powiem.
-Tak?
-Mam nadzieję, że mnie nie odrzucisz. No bo wiesz, yyyym ja… Nie interesuję się dziewczynami, tak jak większość chłopaków.
Powiedział to, a ja wstrzymałam oddech, by po chwili się zakrztusić zamówioną wcześniej kawą. Czyli, że on jest gejem ?!
-Co? Żartujesz, tak?
Zapytałam.
-Nie.
-Wiesz, że to niczego nie zmienia? I tak cię lubię. Nie przejmuj się, nie przeszkadza mi twoja orientacja.
-Ufff, już myślałem, że będzie gorzej.
Odetchnął.
Gdy zrobiło się już późno, Robert odprowadził mnie do domu. Dużo myślałam o tym wszystkim. Najpierw Justin rano pod domem, potem Lilianna, a na końcu wyznanie Roberta. To chyba było, za dużo wrażeń jak na jeden dzień.
Gdy weszłam do domu, ku mojemu zdziwieniu było cicho. No tak! John poszedł na nocą zmianę. Gorzej. Nie mam, z kim pogadać.

Od autorki: No to jest 9 *.* Przepraszam że tyle czekaliście,ale byłam w szpitalu i źle się pisało na fonie ;C
Następny rozdział będzie za tydzień lub dwa , wiecie jak jest z nadrabianiem materiału w szkole a puki co z matmy idę na dwójach :C Katastrofa! Rozdział może nie jest najdłuższy ,ale ma wszystko co chciałam by miał XD jakkolwiek to brzmi. CÓŻ. nie mam teraz za dużo czasu ,bo piszę taką tam alla książkę na boku XD
Chciałam przywitać nową czytelniczkę moich wypocin XD
Natalie Boguszewską ;*
Poza tym dziękuję Loli i Nicole,za to że rozpisałyście się nieco więcej niż inni :)


wtorek, 12 listopada 2013

Rozdział 8

-Spokojnie mamy czas 

SOPHIE POV 

-Jesteś pewien, że chcesz tego słuchać? 
Zapytałam z nadzieją, że zmieni zdanie. Naprawdę nie chciałam opowiadać mu tej dołującej historii. 
-Tak, chcę. 
Już teraz wiedziałam, że to nie będzie łatwa dla mnie rozmowa. Nikt oprócz mojej rodziny i przyjaciół jej nie znał. Powiedziałam tylko tym, którym ufam. Justin nie zdobył mojego zaufania, gdy chciał mnie uderzyć. Wręcz przeciwnie. Ale wątpię by chciał to rozpowiedzieć. Zaryzykuję.
 -Paręnaście lat temu moja starsza siostra chodziła, tak jak ja, do szkoły artystycznej. Pewnego dnia dołączył do jej klasy chłopak. Gwiazda światowego formatu i te sprawy. 
Westchnęłam.
 -Zakochała się w nim. On w niej też. Po długim czasie zostali parą. Rok później on wyjechał, ale obiecał, że będą pisać i dzwonić do siebie. Z czasem był jeszcze bardziej sławny. Po woli zapominał o niej. Coraz rzadziej pisali i gadali. Ona pewnego dnia poszła się przejść z przyjaciółkami po galerii, gdzie zobaczyła gazetę, jak on całuję się z inną. Zadzwoniła do niego. Potwierdził to. Znalazł sobie inną. Ona załamała się i popełniła samobójstwo. A ja nawet nigdy nie byłam na jej grobie. 
 -Przykro mi. 
-Nie znałam jej. Byłam wtedy mała, nie pamiętam jej. Jednak, to była moja siostra i gdyby nie tamto, nadal by żyła. 
Byłam bliska płaczu. Przecież to była moja siostra. Rodzona siostra. Teraz został mi tylko John, mój brat. Jakby na to nie patrzeć, nigdy nie pytałam go Rose. Był o rok starszy, ale jak ja miałam dziesięć lat, a ona siedemnaście, to on jedenaście. On ją pewnie pamiętał! Że też wcześniej na to nie wpadłam.
 -Dzięki, dzięki bardzo! Wykrzyczałam prawie radosna, całując Justina w policzek. 
-Za, co? 
 -A czy to ważne? Pomogłeś mi, teraz wiem co muszę zrobić! Wcześniej nawet na to nie wpadłam. 
-Chyba nigdy nie zrozumiem kobiet. 
Westchnął, a ja się zaśmiałam.

 *Parę godzin później około 19 * 

 Justin odwoził mnie do domu. Jechaliśmy jego żółtym Porshe. Droga nie była zbyt długa, około piętnastu minut samochodem. Po tym czasie, Justin zaparkował przed moim domem. Zaprosiłam go na herbatę. Przecież on mi tak pomógł, nie wiem w sumie jak mu się odwdzięczyć. Brunet pomógł mi wejść po schodach. Kaleka z nogą w gipsie to ja. Czy teraz wszyscy będą musieli mi pomagać? Czemu to spotkało akurat mnie? Gdy przechodziliśmy koło skrzynki na listy, wzięłam klucz do ręki i ją otworzyłam. Były same listy. Przeglądałam koperty po kolei.
 Rachunek za prąd... 
Rachunek za wodę... 
Zaproszenie na ślub...
 Rachunek za telefony komórkowe... 
Wyciąg z karty kredytowej... 
Chwila, zaraz! Zaproszenie na ślub?! Zamknęłam skrzynkę z powrotem na klucz. Włożyłam go do kieszeni. Justin wprowadził mnie na pierwsze piętro bloku. Otworzyłam drzwi od mieszkania i weszliśmy. Już od progu powitał mnie zmartwiony John.
 -Gdzieś ty była? Myślałem, że ci się coś stało!
 -Spokojnie, zaraz ci opowiem. Daj mi siąść. 
 Powiedziałam, krzywiąc się. Jego nadopiekuńczość mnie dobijała.
 -Okej, dobra jednak coś ci się stało. Powiedział, gdy zauważył gips na nodze. Spostrzegawczość facetów podwójnie mnie dobija! Usiadłam na sofie w salonie.
 -Soph, ja już pójdę. Wyjaśnijcie sobie wszystko, a ja będę tylko przeszkadzał. 
-Dobra, zdzwonimy się. Czekaj odprowadzę cię do drzwi.
 -Spokojnie, trafię. Nie wstawaj. 
 Stwierdził, po czym wyszedł. Spojrzałam na Johna. Miał minę zbitego psa. Opowiedziałam mu wszystko o tym jak Justin mi pomógł i w ogóle, co się stało. Był lekko....zdziwiony? Chwilę potem przypomniało mi się, że miałam otworzyć listy i zobaczyć, co to za zaproszenie. Gdy mój kochany braciszek zobaczył, co trzymam w ręce, szybko mi to wyrwał i zaczął czytać na głos. Już po pierwszych paru zdaniach byłam bardzo zaskoczona. Ślub - okej. Ale, że mojej matki? Coś tu nie gra! Przecież ostatnio widziałam ją pijaną pod moimi drzwiami. Coś się zmieniło? Przez taki krótki czas? Niemożliwe. I jeszcze nasza kochana mamusia łaskawie dołączyła swój numer do zaproszenia. Ślub miał się odbyć tydzień przed naszym zakończeniem roku szkolnego. Zaproszenie było dla mnie i brata z osobami towarzyszącymi. Zaskoczenie? Wielkie. Żart? Kiepski. Musieliśmy się upewnić – telefonicznie, że to prawda. Dodatkowo matka chce się z nami spotkać. Ma coś ważnego do powiedzenia. Podkreśliła - ważnego.

Od autorki: No to jest już 8 *.* Mam dla was małą niespodziankę ,ale to kiedy indziej wam powiem XD niecierpliwcie się hah XD Rozdział miałam dodać wczoraj ale byłam na światowym turnieju tańca ,kurczę 5 godzin siedzenia ;D ale było warto ! Mam tu jakieś nowe czytelniczki ? Chętnie zadedykowałabym komuś rozdział :) Liczę na komentarze z waszej strony , bardzo lubię jak rozpisujecie się bardziej a nie tylko 'czekam na nn' :D Możecie powiedzieć co muszę poprawić ,czego nie robię itp :D

Rose More ( 27l.)

niedziela, 3 listopada 2013

Rozdział 7

                 Mój sen był dzisiaj wyjątkowo dziwny. Jechałam autem z moimi rodzicami i byłym przyjacielem. Pytałam go, dlaczego jeszcze się tnie. Przecież z tym skończył. Przynajmniej tak mi mówił. Wjechaliśmy na ulicę, na której mieściła się jego szkoła. Spojrzałam w lewo, gdzie powinny być drzwi auta. Było to czterodrzwiowe volvo s80. Jednak nie mogłam ich dostrzec . Bardziej zdziwiło mnie to, co mama powiedziała parę sekund, po moim odkryciu:
-Patrzcie, trzeba mu pomóc.
Wysoki brunet, który miał około trzydziestu lat, patrzył na mnie martwymi oczami.
-On ma kulę w głowie, jemu nie da się pomóc.
Stwierdził ojciec. Wystraszyłam się tego "człowieka".
Chciałam złapać rękę mojego towarzysza, jednak trafiłam tylko na powietrze. Nie było go w aucie. Po prostu zniknął, rozpłynął się… Nie ma go. Nadal nie mogłam w to uwierzyć.
Odjechaliśmy z piskiem opon. Przelotnie spojrzałam, w swoją lewą stronę, już po raz drugi tego dnia. Z przerażenia zaczęłam krzyczeć, gdy zobaczyłam rękę tego umarlaka. Kurczowo trzymał się moich drzwi, a raczej pozostałości po nich. Zaczęłam krzyczeć jeszcze głośniej i wtedy sen się rozpłynął.
Otworzyłam oczy. Próbowałam przyzwyczaić się do dziennego światła. Gdy to już się stało, ujrzałam zupełnie nieznane mi pomieszczenie. Miało niebieskie barwy i było dość duże i przestronne.
Szybko wstałam z łóżka z dezorientowaną miną, gdy poczułam silny ból w skroniach i bandaż na głowie oraz gips na nodze. Co najgorsze, nic nie pamiętałam.
-A psik!
Kichnęłam jak na zawołanie, gdy zobaczyłam, że mały kot podobny do Garfilda z filmu leży koło mnie. Zeszłam po schodach na parter tej ogromnej willi, jeśli tak to można nazwać. Niemal padłam krzycząc, gdy ujrzałam Justina przy wyspie kuchennej robiącego, śniadanie.
-Chwila, co ja tu robię? I co, to robi na mnie?
Pokazałam na mój gips na nodze i bandaż na głowie.
-Naprawdę nic nie pamiętasz?
Zapytał, widocznie zdezorientowany.
-Nie. Oświeć mnie.
Wtedy chłopak przypomniał mi sytuację, która miała miejsce na balu. Oczywiście podziękowałam mu, za wszystko.

-Świetnie wyglądasz w mojej koszulce.
Stwierdził brunet, bacznie mi się przyglądając. I w tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie miałam, co włożyć na siebie i na pierwszy ogień poszła jego koszulka. Cofnęłam się lekko, w tył.
-Boisz się mnie?
-Nie.
-Może, może boję się, yyy…
-Że mnie polubisz?
-Tak.
Palnęłam bez zastanowienia. Cofnęłam się jeszcze bardziej w tył, chwytając się jednocześnie blatu. Chłopak przybliżył się na niebezpieczną odległość. Próbowałam go odepchnąć, ale
chwycił moją rękę na swej piersi i szarpnięciem nasunął mi rękaw na dłoń. Równie szybko zrobił to samo z drugim. Złapał za ich końce tak, że nie mogłam poruszyć rękami. W proteście otworzyłam usta.
Przysunął mnie jeszcze bliżej tak, że nasze ciała niemal się stykały.
Nagle wylądowałam na blacie. Nasze twarze znalazły się na równej wysokości. Brunet kusząco uśmiechnięty utkwił we mnie swoje spojrzenie.
Przesunęłam się na skraj blatu tak, że nogi zwisały mi ponad jego pasem. Mój, jeszcze, dobrze myślący mózg, kazał mi przestać, jednak jak zwykle, nie posłuchałam go.
Rozłożył ręce na blacie tak, że znalazły się tuż przy moich biodrach. Z przechyloną głową przybliżył się do mnie. Nagle zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Nie! Nie powinnam dalej w to brnąć. A już na pewno nie z Justinem.
-Muszę już iść
Szepnęłam, po czym lekko go odepchnęłam i wstałam z obolałą nogą. Po chwili krępującej ciszy przyszedł kot, ten sam, co spał koło mnie.
-Weź go ode mnie!
Zaczęłam wrzeszczeć jak jakaś głupia. Chłopak, nie krył zdziwienia moją postawą. Wyjaśniłam to jednak najkrócej, jak się dało:
-Mam alergię na koty.
Chłopak tylko pokiwał głową i wyszedł razem z jego futrzanym przyjacielem z kuchni. Chwilę, po tym jak opuścili pomieszczenie, dostałam ataku astmy. Zaczęłam się dusić i automatycznie puchnąć. Do kuchni wbiegł Justin w prędkości światła. Wtedy zobaczył mnie kulącą się na podłodze.
Zemdlałam, drugi raz w ciągu dnia. Świetnie!
 

Justin POV
 
Prawą rękę wsunąłem pod brzuch kota, lekko go podnosząc. Szybkim krokiem zaniosłem go do pokoju gościnnego, w którym dzisiejszej nocy spałem. Przez tą krótką drogę myślałem nad sytuacją, która miała miejsce chwilę temu. Mój mózg pracował już na pełnych obrotach. Zgodnie z sercem stwierdził, że powinienem przeprosić za swoje zachowanie. Nie znamy się długo i podjąłem decyzje zbyt pochopnie. Skłamałbym mówiąc, że dziewczyna mi się nie podoba. Ale zachowałem się nie fair. Jednak muszę przyznać, że najpierw się nie sprzeciwiała. Kurde, inna dziewczyna by się na mnie rzuciła i rozszarpała na strzępy. Ale ona, nie jest taka jak inne. Jest wyjątkowa.
Zszedłem po schodach na parter mojego "małego" mieszkania, i ruszyłem w kierunku kuchni. Miałem jednak cichą nadzieję, że będzie tam nadal stała.
-Soph! Co ci jest? Halo? Słyszysz mnie?
Zadawałem miliony pytań, na które i tak nie dostałbym odpowiedzi. Sophie leżała skulona na podłodze, chyba nie oddychając. Znowu mi to robi, znowu. Wykręciłem numer na pogotowie i czekałem na przyjazd karetki. Ludzie z dyspozytorni kazali mi, nic nie robić. Po prostu nic! Siedzieć bezczynnie wiedząc, że muszę czekać.
Czekając na karetkę miałem uczucie, jakby to trwało wieczność, to czekanie i poczucie bezsilności wyniszczało mnie od środka. Jednak, gdy tylko pojazd przyjechał, wszystko działo się szybciej. Podnieśli jej bezwładne ciało i położyli na noszach. Dwóch ratowników podeszło do mnie, pytając czy jestem kimś z rodziny, czy wiem, co jej może być i czy chcę z nimi jechać. Oczywiście odpowiedziałem na te pytania zgodnie z prawdą, jednak po dłuższym namyśle. Bałem się o nią. Przecież przez astmę można się udusić. Hola! Nawet nie wiem, czy to jest powodem tego wszystkiego.
 

*Godzinę później*

Siedziałem właśnie przed salą gdzie leżała dziewczyna, gdy podszedł do mnie lekarz. Przez tą zakichaną, tajemnicę lekarską prawie nic się nie dowiedziałem. Kłamiąc, że jestem jej chłopakiem dowiedziałem się, że gdy skończy się kroplówka będę ją mógł zabrać do domu. Nie pomijając faktu, że cała ta astma była wywołana alergią na mojego kota. Lekarz kazał mi się nią zaopiekować i pilnować by odpoczywała. Przecież już drugi raz w ciągu doby wylądowała w szpitalu. Po krótkiej rozmowie udałem się do Sali, w której leżała Sophie.
-Cześć, mogę?
Zapytałem, widząc jej wahanie.
-Jasne, wchodź.
Usiadłem na stołku koło jej łóżka. Nawet nie wiedziałem, od czego zacząć. Co powiedzieć, jak przeprosić i w ogóle jak się zachować.
-Chciałem cię przeprosić za to, co działo się w kuchni.
Wypowiedziałem smutno pierwsze słowa, które przyszły mi na myśl. Nagle w drzwiach stanął brat Sophie.
-Co działo się w kuchni?
Zapytał. Miałem zdziwioną minę, bałem się, że jeśli się dowie, to skopię mi ten gwiazdorski tyłek. Na szczęście tak się nie stało.
-John, nie twoja sprawa!
Krzyknęła na niego.
-Pogadamy w domu. Dam sobie radę, wyjdź stąd na razie. Muszę z nim pogadać.
Pokazała palcem na mnie, a ja się uśmiechnąłem. Wkurzony chłopak wyszedł trzaskając drzwiami.
-Spoko, zapomnijmy to i tyle. W końcu nic się nie stało. Porozmawiajmy o czymś innym.
Uśmiechnąłem się na te słowa. Szczerze mówiąc myślałem, że wydrze się na mnie.
-Okej, to może mi powiedz, czemu tak bardzo nie lubisz gwiazd?
Zapytałem, chcąc wiedzieć, co się stało, że ma do mnie taką odrazę. A może raczej miała?
-To długa historia
Westchnęła.
-Spokojnie, mamy czas.







Od autorki: Hej hej ! Sory że musieliście tyle czekać ,ale chcę napisać dobry rozdział więc potrzebny mi jest czas ^^ Mam nadzieję że podobał się rozdział i czekam na wasze komentarze :) Bo jak widzę 4 lub 7 komentarzy to głupio :C
xxo